Matka wraca do pracy…

W życiu prawie każdej matki przychodzi taki moment, że musi…
albo chce wrócić do pracy.

 

I tak oto „przyszła kryska na Matyska”… i ja, matka dwójki również postanowiłam położyć kres nygusowaniu (wiecznemu leżeniu do góry brzuchem – jak to na macierzyńskim/wychowawczym bywa z punktu widzenia… głównie facetów) i dorzucić się do budżetu rodzinnego…
żeby mieć na te przysłowiowe waciki.

 

kasa (1024x576)

 
I chociaż trudno w to uwierzyć w całym tym zamieszaniu
(wczesne… a wręcz bardzo wczesne wstawanie, ogarnięcie siebie, dzieci, starego, dojazd autobusem! mróz, wiatr, nożownicy) doszukałam się pewnych plusów. Wiecie, takich pozytywnych aspektów wybycia z domu na dłużej, niż zakupy w przydomowej Biedrze.
 
Po pierwsze: Mogę się napić ciepłej kawy!
tak, wiem… niektóre matki mają taki przywilej codziennie, ale przy moich gnomach nie było takiej możliwości… no uwierzcie mi… mimo tego, że jestem (no dobra staram się być) zorganizowaną jednostką nie udawało mi się wypić ciepłej kawy!…
a teraz… ciepła kawka… herbatka… kiedy chce i ile chce… i mogę okrasić to czymś słodkim bez obawy, że ktoś mi to pożre i obejdę się smakiem…
 
Po drugie: Mogę skorzystać z toalety bez asysty…
o ile przy pierwszym dziecku miałam tą sztukę opanowaną, przy drugim już tak lekko nie jest.
Przy Frycku nie ma opcji na chwilę zadumy… mam wrażenie, że on czuje się zobowiązany chodzić za mną krok w krok, taki asystent wolontariusz… opcja zamknięcia drzwi przed nosem smarka wiąże się z zaburzeniem spokoju sąsiadów, gdyż drzeć się gadzina potrafi oskarowo…

 

u drzwi twoich

 

a teraz… teraz po pierwsze nie muszę nikomu tłumaczyć, że znikam na chwil pare… absolutnie nikomu nie przeszkadza, że zamykam mu drzwi przed nosem i opróżniam pęcherz do ostatniej kropli (do ostatniej!) zupełnie bezstresowo!
 
Po trzecie: Przebywam wśród dorosłych…
plecy mnie boją od chodzenia na poziomie dziecka (na czworaka)… język dziecięcy już nie jest mi obcy… zapragnęłam rozmów w języku dorosłych…
fakt, czasami rozmówcy intelektualnie nie odbiegają od takiego 5 latka, ale przynajmniej nie mam wyrzutów sumienia wstawiając zamiast przecinka siarczystą bluzgę
 
Po czwarte: Ploteczki
będąc w domu z dziećmi z ploteczkami byłam daleko w tyle.. od czasu do czasu udało mi się coś przeczytać na pewnym skundlonym portalu podczas drzemki młodszego…
a w pracy… w pracy nie tylko (dzięki dobrej organizacji) mam czas na czytanie ploteczek, ale i słyszę jak sieją je inni, mam z kim o nich podyskutować, a nawet staję się tematem do ploteczek… high life..
 
Po piąte: Zabawki
jako kura domowa sprzątałam zabawki z tysiąc razy dziennie i to tylko po, żeby za parę minut ponownie się oddać tej wątpliwej przyjemności, bo w domu z dziećmi nie ma nudy…

 

zabawki (576x1024) (450x800)

 

w pracy bałagan robię sama sobie i to z udziałem swoich, dorosłych zabawek… nie, zboczuchu! nie takich, o jakich własnie pomyślałeś…
to spinacze, zszywki, nożyczki, dziurkacze… to właściwie nie bałagan, tylko takie moje feng shui

 

 
No… to wychodzi na to, że chodzę do pracy z czystą przyjemnością, robię to co lubię i jeszcze mi za to płacą… otóż moi mili, jeszcze takiego stanu nie osiągnęłam.
 
Mimo tych wszystkich plusów powrotu do pracy potwornie tęsknie za zimną kawą, za towarzystwem mikrusa w kibelku, za każdym piciu, siusiu, hopsasa, za tą chwilą dla pudelka, za rozrzuconymi klockami
i minifigurkami… za moimi dziećmi tęsknie… bardzo!!!

 

krejzole

 Ryczę…. THE END
 

Złap mnie, jeśli potrafisz…

Trwa gorący, przedświąteczny okres…
jeśli jeszcze nie masz w szafie skitranych prezentów, to już na pewno masz coś na oku. Nie ma, że to tamto… planujesz prezenty dla najbliższych musisz wyskoczyć z kasy… wiedz jednak, że będzie mniej bolało, gdy złapiesz jakieś fajne okazje cenowe…

 

16193

 

Musisz wiedzieć, że JA jestem mistrzem w łapaniu okazji… no okey kilka razy zaliczyłam też wtopę, ale generalnie bardzo często udaje mi się wywęszyć mega okazje… upolować jakieś caceńko w śmiesznej cenie…
a potem pieje z zachwytu nad swoją przedsiębiorczością… i ścigam starego, żeby odwołał swoje słowa, że niby ja „nie potrafię oszczędzać”…

 

Jako, że mnie Magia Świąt dorwała już w październiku…
wraz z początkiem listopada już miałam kilka pomysłów… dziecko oczywiście też pomysłami sypało jak z rękawa, albo bardziej jak
z reklamy… dlatego pospiesznie spisało list do Mikołaja, żeby tylko na pewno dla niego nie zabrakło.
I tym sposobem miałam czas na przejrzenie i porównanie ofert,
co zaowocowało pierwszymi prezentowymi zakupami, które zbierają już kurz w szafach.

 

W związku z okresem świąteczno-zakupowym postanowiłam podzielić się z Tobą moimi patentami na tańsze zakupy, dzięki którym poczujesz się jak prawdziwy łowca okazji :)

 

po 1 …
jeśli już wiem co chce kupić… a naprawdę staram się wiedzieć… sprawdzam i porównuje ceny….
nie kupuję rzeczy w pierwszym, lepszym sklepie tylko dlatego,
że z daleka krzyczy do mnie kartka promocja… chociaż korci.
Ceny sprawdzam w innych sklepach stacjonarnych i w hurtowniach,
a potem w sklepach internetowych i porównywarkach…
uwierzcie mi różnice potrafią być kolosalne… a odnalezienie czegoś
w niższej cenie jara mnie tak bardzo, że z rozpędu robię kolejne zakupy… oczywiście w promocyjnych cenach

 

po 2…
jeśli chodzi o sklepy internetowe w których planuję zrobić zakupy zapisuje się do newslettera
dzięki temu otrzymuję często rabat na pierwsze zakupy albo propozycję darmowej dostawy, co pozwala zaoszczędzić troszkę grosza. Ponadto na bieżąco jestem informowana o wszelkiego rodzaju promocjach
i mogę z nich skorzystać, zanim stan magazynowy będzie świecił czystkami, a ja będę przeklinać pod nosem, że przeoczyłam…

 

po 3…
funpage… jeśli jakiś sklep internetowy bardzo mi przypadł do gustu „lubię go” na facebooku … tutaj również na bieżąco dowiaduję się
o promocjach lub dostaję dodatkowy rabat

 

po 4…
programy lojalnościowe… w wielu sklepach proponują przyłączenie się do grona stałych klientów… z reguły z tego rezygnujemy, bo trzeba troszkę poświęcić czasu na podanie wszystkich danych, ale warto… bo potem czekają nas fajne zniżki za uzbierane punkty lub samo członkostwo i też jako pierwsi dowiadujemy się o planowanych promocjach… z tej formy korzystam najrzadziej, właśnie dlatego, że nie chce mi się wypełniać stacjonarnie tych ankiet :)

 

po 5…
kupony rabatowe
co jakiś czas pojawia się w gazetach… głównie modowych rabaty tzw. weekend zniżek, bierze w nim udział wiele marek i warto pofatygować się z wyciętym kuponem do sklepu po upatrzoną wcześniej rzecz i cieszyć się jej niską ceną… jak dają to korzystam :)

 

po 6…
stronki internetowe informujące o rabatach i promocjach… jest kilka stron, które informują nas, gdzie aktualnie możemy liczyć na rabat lub gdzie, za jakiś czas szykuję się akcja rabatowa… fajna rzecz, bo możesz się przygotować dużo wcześniej na wymarzony szoping…

 

po 7…
pytaj o rabaty
gdy korzystam po raz pierwszy z oferty jakiegoś sklepu internetowego
i na dzień dobry nie dostaję w prezencie rabatu… pytam o to w mailu lub na funpage’u… no zwyczajnie zadaję pytanie, czy mogę liczyć na jakiś rabat na zachętę i uwierzcie mi często go dostaję… mam tę moc! :)

 

po 8…
przeglądam gazetki
albo te papierowe, które wpychają mi do skrzynki, albo wirtualne… dzięki temu mogę się przygotować na jakaś fajną promocję… gdyby np. w Lidlu rzucili crocsy i przyszyłoby mi do głowy o nie walczyć, mogę się wcześniej do tego starcia przygotować… i budzik nastawić na 5 rano, żeby się
w kolejce ustawić :)

 

po 9… 
nie daj się oszukać… najczęściej w sklepach stacjonarnych robią taki myk, że podczas akcji promocyjnych „przeklejają” ceny…
idziesz, a właściwie lecisz jak na skrzydłach po swój wymarzony ciuszek
z nadzieją, że kupisz go po dużo niższej cenie… bo masz rabat i jakoś tak prościej wydać Ci tą kasę, a tu się okazuję, że po rabacie cena jest taka sama, jaka była wcześniej, albo nawet wyższa..
WTF? sobie myślisz!?…  no robią tak… nie wiem, czy mają do tego prawo, nigdy się nie wykłócałam… ale tak się dzieje i wiele osób udaję się na to nabrać… no ale oczywiście nie ja… ja zawsze wiem jakie są ceny początkowe i jeśli mam do wykorzystania rabat wiem, za ile daną rzecz chcę kupić… jak chcą mnie zrobić w lolo wychodzę ze sklepu
z niesmakiem i nadzieją, że prędzej czy później i tak uda mi się to upolować w niższej cenie… a niby taka niecierpliwa jestem :)

 

Jeśli macie jakieś swoje sprawdzone sposoby na to jak zaoszczędzić na zakupach dajcie znać… chętnie poznam i zastosuje nowe triki… wiadomo, każdy grosz się liczy… a przycięcie na jednym, daje nam szanse na kolejny zakup :)

A tak a propos okazji cenowych… już jutro prawdziwa gratka dla łowców promocji… BLACK FRIDAY!
Wiele sklepów… głównie internetowych oferuje maaaaga zniżki…
aż grzech nie skorzystać, dlatego ja już kupiłam kilka rzeczy po tanioszce na hasło Black Friday, a kolejne mam w „koszyku” i czekam na jutro – jak na łowce promocji przystało :)

 

images

 

Udanych łowów … PEACE :)

 

Houston mamy problem…

Jest mąż i żona… i jest sypialnia… a w niej łóżko…
duże takie, wygodne, idealne do… spania we dwójkę.

 

W teorii dzieje się tu magia… bo tylko w teorii jest to łoże małżeńskie.
A wszystko to za sprawką okazałych rozmiarów 5 latka, który noc w noc gramoli się między rządnych siebie małżonków… i jak gdyby nigdy nic słodko zasypia grzebiąc u starych nadzieję nie tylko na jakiekolwiek tetate, ale i na jakiekolwiek wyspanie.

 

Is-it-safe-to-sleep-with-your-baby-in-bed

Jak żyć się pytam? Co robić? Help, hilfe, aiuto!
Co zrobić, żeby pokochał swoje równie wygodne łózko w swoim! pokoju?
Wyjątkowo każda ciocia dobra rada mile widziana… spróbuję wszystkiego!

 

Przyznaję się bez bicia, że to moja wina… no nie da się ukryć…
W poprzednim okresie zimowym, stary z racji permanentnego przeziębienia chrapał tak okrutnie, że w obawie przed utratą życia (tak! udusiłabym go poduszką!) postanowił przenieść się do salonu.
Ja absolutnie nie protestowałam mimo, że przyzwyczajona jestem do dotykania wrzoskowych giczy pod kołderką… i w związku z tym przyzwyczajeniem zastąpiłam gicze męża na giczunie synusia…
raz, czy dwa, czy 10 pozwoliłam spać ze sobą i efekty właśnie opłakuje…

 

Powrót starego do łoża nie wybił młodemu z głowy zabawy w samca Alfa… codziennie na beszczela włazi między nas… i ani prośbą, ani groźbą gada nie przepędzisz…

 

Generalnie gówniarz zasypia przy nas w salonie znudzony oglądaniem Romana co biega po Wspólnej… potem jest sukcesywnie odnoszony do swojego łóżka… i po chwili, albo dwóch zrywa się jak poparzony
i z zamkniętymi ślepiami, po omacku lezie w kierunku sypialni… no masakra!

 

Jako, że jestem winna zaistniałej sytuacji próbowałam naprawić swój błąd i korzystałam z wielu metod:
- zostawiałam włączone lampki z nadzieją, że przy pełnym oświetleniu będzie spał lepiej – nie pomogło
- obłożyłam superbohaterami, którzy przy wcześniej wymienionym oświetleniu dodatkowo mieli zadbać o dobry sen – nie pomogło
- uwiłam sobie gniazdko tuż obok łóżka… na podłodze spać chciałam, żeby tylko czuł się bezpiecznie! A ta franca myśląc, że już twardo kimam cichaczem uciekł z łóżka i heja do sypialni – znowu porażka
- posunęłam się też do mega wychowawczego triku obiecując gwiazdki
z nieba, worki słodyczy, potrójne lody i wypasione zestawy lego – i niestety nie przystał na mój dil…

 

No i co? Co mam począć? Jak go przekonać, żeby spał u siebie…
Budzę się powykręcana jak sznurówka… nery mam poobijane bo przecież miota nim przez sen jak szatan… strach pomyśleć co to będzie jak młodszemu się zachce kwartetu.

 

No nie odstąpię im sypialni i koniec! To miała być moja oaza spokoju
i namiętności! Coś mi się należy w tym męskim świecie! 

 

no2

 

Pozdrawia niewyspana i okopana matka polka vel yummymummy
Peace
 

Hey… ho… let’s GO!

Dzień dobry we wrześniu!

 

     Dzisiaj internety przepełnione zdjęciami mniej lub bardziej uśmiechniętych dzieci… pomykających z kolorowymi plecakami albo
w białych, odświętnych koszulinach… i matek, a nawet ojców płaczących, obgryzających paznokcie… to znak, że mamy WRZESIEŃ! Tak moi mili wrzesień, ten po sierpniu właśnie…

 

5

 

My dziś szliśmy do przedszkola z uśmiechami na twarzach… ja to chyba nawet z radości podskakiwałam… w każdym bądź razie miałam wrażenie, że unoszę się w powietrzu… tak, tak dla mnie era płaczu i obgryzania paznokci skończyła się wraz z wakacjami… uwierzcie mi, że byłam bliska palnięcia sobie cegłówką w łeb… bo ostatni miesiąc spędziłam 24h z moją szaloną dwójką… MASAKRA!

 

Dziś złapałam oddech… poważnie… taki może na pół gwizdka, bo wiadomo jeden szkodnik jeszcze u nogi, ale jak ma drzemkę to ja mam kawę!
Mam godzinkę ciszy! Nie muszę bawić się w niewolnicę Izaurę i podawać piciu, jedzonka, podcierać tyłka, układać klocków, czytać, grać w piłkę, odpowiadać na tysiące pytań… mam godzinkę ciszy! A jak dziadek zgarnie młodego na spacer to nawet 2h… taki hardcore!

 

Szczerze powiem, że chyba nigdy nie marzyłam o powrocie do pracy tak jak teraz… ostatnio dwa lata dało mi ostro w dupę i pójście do mordoru absolutnie by mojego stanu nie pogorszyło, wręcz przeciwnie… no ale jeszcze trochę niestety muszę się „nacieszyć” tymi przedłużonymi „wakacjami”…

 

A propo wakacji… tych właściwych… letnich… które mam wrażenie dopiero się zaczęły, a już się skończyły… też wam tak zleciały? 
Bo ja pamiętam jak odliczaliśmy dni do wyjazdu do naszego Kołobrzegu,
a tu już długo, długo po… i jakiś taki niedosyt czuję… może dlatego, że 2 lata czekałam na taki wyjazd? albo po prostu dlatego, że przy dzieciach czas tak szybko płynie…

 

A Wam udało się wypocząć tego lata? Trafiliście na pogodę? Bo w tym roku wybitnie pogoda była w kratkę…

 

Teraz startujemy ponownie z odliczaniem… najpierw Halloween (bo mam urodziny to tak liczę) potem Boże Narodzenie, Nowy rok, Walentynki, Wielkanoc i znowu WAKACJE!

 

Też tak odliczacie? Jakoś mi tak przyjemniej czas mija, jak mam na co czekać… to odliczam… jeszcze 61 dni i…

 

A Wam kochani samych wrześniowych przyjemności życzę… buźka

F… jak Fryderyk

Rok.
Całe 366 dni z nami.
Robaku malutki… nawet nie zdajesz sobie sprawy, że dopełniłeś nasze życie swoim jestestwem.
Jesteś najsłodszą kinder niespodzianką jaką otrzymałam od losu…
i uwierzcie mi chętnie bym go zjadła… ale niestety osobnik jest wysokokaloryczny… no i świat musi się dowiedzieć o jego istnieniu…
ma mu tak wiele do zaoferowania.

 

kolaz (640x640)

Kto miał przyjemność poznać gościa, ten wie jaki z niego przesłodki ancymon. Jeśli jednak przyjemność ta nigdy Cię nie spotkała, to mam zaszczyt przedstawić:
Jaśnie Pan FRYDERYK…
lat 1
3 niezwykle kąśliwe zęby na pokładzie jamy ustnej…
całe 10 kg żywej wagi…
81cm długości ciała… siatka centylowa szaleje… pediatra też…
włos bujny, niczym u znanego imiennika – guru muzyki klasycznej…
przystojny niesłychanie… co zapewne jest zasługą genów… temperament pewnie też….
dziecko generalnie pozytywnie nastawione do świata i do ludzi….
rozdaje uśmiechy na prawo i lewo… ale ma też zdrowe płuca z których potrafi w pełni korzystać… o czym zapewne wiedzą już sąsiedzi…
krótko mówiąc cud, miód, malina… i to mój CUD!

 

boyy (427x640)

 

Mój Fryderyk, Frycu, Pypciu kochany własnie skończył rok…
na tą wyjątkową okoliczność życzę Ci synku wszelkich wspaniałości
i cudowności…
zdrowia Ci życzę, bo jak ono będzie to z resztą sobie poradzisz
z palcem w nosie…
zawsze podchodź do życia z dystansem, bo inaczej się nie da… sam zobaczysz…
nie bój się być freakiem… wyssałeś to z mlekiem matki… to coś fajnego, nie walcz z tym…
czerp z życia pełnymi garściami… zachłannie, nikt nie ma prawa Ci tego zabronić…
rób szalone rzeczy, żeby w przyszłości niczego nie żałować… pozwalam ci na tatuaże i kolczyki w dowolnych częściach ciała… tylko to boli, a ja (mimo olbrzymiej miłości do Ciebie) dorosłemu facetowi całować gagi nie będę!
kochaj bez pamięci i całym sercem… przede wszystkim mamusie… ale obiecuję pozwolić Ci pokochać inną kobietę…
zawsze dawaj drugą szansę… nielicznym możesz dać trzecią, ale czwartej never!
ucz się na własnych błędach… ale nigdy nie mów o nich na głos…
i chociażby nie wiem co…. zawsze, ale to zawsze bądź sobą!

 

smiechy (640x486)

 

Musisz pamiętać, że ja, MAMA będę zawsze przy tobie…
zawsze będę gotowa by podać ci rękę… zarówno przy nauce chodzenia, która przed nami… jak i wtedy kiedy zakręci ci się w głowie, gdy wypijesz pierwszego browara – nie wcześniej jednak niż po 21 roku życia!
Możesz na mnie zawsze liczyć!
Jestem dla Ciebie…
Jestem, bo jesteś…
Kocham cię Pypciu mój, Frycu kochany
Sto lat!

 

pypciu (640x360)

PS.
Fryderykowy roczek świętowaliśmy razem z jego kuzynką Lilianą
w ubiegłą sobotę… tę właśnie sobotę, kiedy to z nieba lał się żar tropików, a matka do ogarnięcia miała blisko 30 osób przejętych zarówno solenizantami jak i meczem Polska-Szwajcaria…
emocje były ogromne… a mi się mózg stopił i nie mam prawie żadnych zdjęć z tego ważnego wydarzenia…

 

oto ile udało mi się uwiecznić z naszych SUPER SŁODKICH pierwszych urodzin:

 

roczniak (355x606)

 

solenizanci (640x535)

 

tort (438x640)

podziękowania (640x470)

lizak (416x640)

 

candy (427x640)

 

posypki (640x453)

 

piniata (427x640)

 

pogromca piniaty (427x640)

prezenty (640x469)

Mam tę moc… mam tę moc…

Jestem mamą, a jakie są twoje supermoce?
Wiecie o czym mówię? Nie?
To albo jeszcze nie doświadczyłaś macierzyństwa… albo jesteś tatuśkiem, który ciągle wierzy, że to on jest największym superbohaterem w domu… pfy…

 

Moje supermoce obudziły się we mnie wraz z przyjściem na świat ponad 3.5 kg chłopczyka, który po opuszczeniu moich trzewi wydał z siebie dźwięk przypominający małą kózkę…

 

To dokładnie w tamtym momencie ujawniła się moja pierwsza supermoc…
SŁUCH DOSKONAŁY… wśród ogólnego zamieszania i hałasu jaki panował na sali operacyjnej (cesarka) mój słuch wyłapywał tylko odgłosy mojej kózki… byłam skupiona, czujna i bardzo spokojna… wiedziałam, że to pozytywne dźwięki, że krzywda mu się nie dzieje…

 

Od tamtej pory moja supermoc nabierała tempa…
mimo 6 dzieci na sali, biorąc prysznic słyszałam, że to właśnie moje maleństwo nawołuje… doskonale słyszę każdy oddech moich dzieci… słyszę, kiedy zmieniają pozycję podczas snu… słyszę też każde przekleństwo, które sobie młodzian wymamrocze pod nosem
w drugim pokoju…
tak, moi mili… mam słuch doskonały!

 

Kolejna moja moc dała o sobie znać, kiedy moje dziecko zapałało chęcią komunikacji z otaczającym go światem i ludźmi… kiedy zaczął gaworzyć, krzyczeć, gestykulować… każdy patrzył z wytrzeszczem oczu
i dziwacznym uśmieszkiem „o co temu dziecku chodzi?”… a ja wiedziałam… zawsze wiedziałam, jakie są jego potrzeby… JĘZYK NIEMOWLĘCY nie jest mi obcy… mogłabym robić z tego doktorat… 

 

Potrafię też CZYTAĆ W MYŚLACH… w sumie potrafiłam to chyba już wcześniej… niejednokrotnie udawało mi się komuś wybić z głowy głupotę, zanim padło jakiekolwiek słowo, czy czyn… i to mi zostało, ale przy dzieciach nabrało mocy…

 

Zawsze zdążę złapać ancymona zanim skręci z kursu by wejść do kałuży
w tenisówkach… albo zanim rzuci kamieniem, którym jeszcze przed chwilką się tak zachwycał… rzucę złowieszczo wzrokiem kiedy czuję, że przymierza się do oddania ciosu w stronę brata… wiem, co chce kiedy maślanymi oczkami patrzy i mówi „maaamooo”… po prostu wiem…

 

Z reguły przez całe życie wykazywałam się wysoką odpornością na ból (z wyjątkiem dentysty), ale dopiero przy dziecku odkryłam, że wbicie palca w oko, czy też nos… szczypanie, drapanie, czy gryzienie nie złamałoby mnie podczas torturowania, gdyby mnie np porwano w celu uzyskania jakiś tajnych informacji (ale takich nie mam, więc nawet nie próbujcie!)… 

 

Dzięki dzieciom odkryłam też, że nie będąc wampirem mogę FUNKCJONOWAĆ BEZ SNU.
Wcześniej wiedziałam, że można nie spać np 2 doby, bo jest fajna impreza i w ogóle, ale potem kolejne 3 to było odsypianie.. a teraz?
Teraz, ja matka od 5 lat przespałam może…. max 5 całych nocek…
w sensie tak ciągiem jakieś 6h, bo to już szczyt marzeń aktualnie…
Od 5 lat mam regularne pobudki najpierw na cyca, potem na butle, ząbki, gorączki, siku, złe sny… czasami trzeba się wspomagać dużą ilością kawy, ale jak widać da się…

 

WIELOZADANIOWOŚĆ to też ważna supermoc, której bez wątpienia jestem posiadaczką… nie widzę problemu w robieniu obiadu z dzieckiem na ręku, przy jednoczesnym rozmawianiu przez telefon i robieniu listy zakupów, albo robieniu zakupów przez internet… mogę też jednocześnie ubierać dwójkę dzieci, nastawiając przy tym pranie i pisząc posta…
ot, taka zaradność…

 

Istotną supermocą matki jest ODWAGA… bez mrugnięcia okiem, pokonam każdego potwora czyhającego w ciemnym pokoju, przegonię najstraszliwsze koszmary i z uśmiechem na twarzy zajrzę w wypełnioną
i najprawdopodobniej bardzo toksyczną pieluchę… kogo stać na taki akt odwagi? Na pewno nie ojca :)

 

O SILE matki też krążą legendy… wyrobione od wnoszenia na 3 piętro dzieci + zakupy, bicki mają moc… silne ręce matki rozdzielą każde, nawet najbardziej przylegające do siebie klocki lego, odkręcą każdy słoiczek, czy butelkę….
Barki matki uniosą nie tylko wspomniane dzieci i zakupy, ale też wózek, worek z zabawkami, parasolkę, tonę  makulatury (rysunki dziecka z przedszkola) i skarby znalezione przez dzieci na spacerze… jednocześnie!

 

Ponadto przy dzieciach nabyłam mocy PRZEISTACZANIA SIĘ… najczęściej jestem psem, kotem lub koniem… ale dzięki uprzejmości młodzieży zdarza mi się przyjmować ludzką postać i wówczas staję się niepokonanym Ninją, złowieszczym piratem, paralitycznym breakdancerem albo Michaelem Jacksonem (tak! czasami tańczę moonwalk)…

 

Dopóki nie stałam się matką nie wiedziałam, że posiadam jedną z najważniejszych supermocy… SUPERMOC UZDRAWIANIA… 
każde zdarte kolanko, czy skaleczony paluszek wyleczę jednym pocałunkiem… na gorączkę lub bolący brzuszek jak nic pomaga moja dłoń… przy takiej supermocy Marvelowscy superbohaterowie mogą się schować!

 

Tak moi drodzy… jestem Matką… Supermatką…

 

przynajmniej dla moich dzieci…

 

a jakie są Twoje supermoce?

 

team

Let’s get this party started…

Sama nie wiem jak, kiedy i w ogóle, ale już dosłownie za chwilkę Frycu mój kochany skończy rok! 
Całe 12 miesięcy z nami! Naprawdę nie wiem jak, kiedy i w ogóle…

 

A niedługo po tym… jego cudowny starszy brat kończy 5 lat!…
5 lat mój R. malutki… ach… czasie przystopuj…

 

I tak sobie obmyślam i spiskuje jak tu wydać w niezauważalny przez starego sposób troszkę kasy, żeby przygotować fajową imprezkę… musi być fajowa… moje dzieci zasługują na fajowe imprezy… a to, że sama mam przy tym mega ubaw to już inna sprawa… mam ostatnio wielką potrzebę tworzenia… dlatego mniej mnie na blogu… tworzę, zmieniam, kombinuje…

 

Aktualnie działam w temacie roczku… dla mojego słodziaka to będzie wyjątkowy dzień… już zacieram łapki na samą myślą o manualnym szaleństwie jakie mnie czeka…
Motyw przewodni wybrany… do roboty matka!

 

Niektórzy z Was wiedzą jak wiele radości sprawia mi organizowanie imprez… jestem zła na siebie, że w odpowiednim czasie nie odważyłam się obrócić tego w sposób na życie… w sensie na zarabianie…

 

Lubię to robić i może powieje wrodzoną skromnością, ale całkiem dobrze mi to wychodzi…
Miałam przyjemność brać udział w kilku przygotowaniach do imprez moich znajomych… być może przez grzeczność, ale nie narzekali…
No i oczywiście każda impreza mojego Starszaka dała mi pole do popisu…

 

Teoretycznie jedynym ograniczeniem do przygotowania fajnej imprezy jest kasa… ale to teoretycznie, bo w praktyce jest tak, że nawet jak jej nie ma to można coś wykombinować z tego co się ma…

 

Jeśli chodzi o imprezki mojego syna to przez pierwsze 2 lata sama wymyślałam tematykę, sugerując się aktualnymi zainteresowaniami młodziana… później koleś już sam podrzucał pomysł na motyw przewodni
i czekał z niecierpliwością na efekty… za każdym razem udało mi się wywołać u niego zachwyt… a nawet łzy szczęścia… o swoich nawet nie wspomnę…

 

Inspiracji szukam zawsze w internetach… głownie na zagranicznych stronach.
Niestety ze względu na licencję, a właściwie jej brak na naszym rynku są bardzo ograniczone ilości gadżetów, które aktualnie są mi potrzebne… chociaż i to na szczęście co roku się zmienia…

 

Dlatego często, gęsto zamiast wydawać miliony monet robię coś sama… drukuję, maluję, rysuję, wycinam, kleje i inne takie…

 

Podrzucę Wam kilka pomysłów… kto wie, mogą się kiedyś przydać…
Do tej pory w mojej rodzinie nie było małych dziewczynek zachłyśniętych księżniczkami, czy poniaczami dlatego to inspiracje raczej dla małych facetów…

 

Lecim…

 

Elmo i przyjaciele

To był roczek Rubena… jedyna bajka, która przykuła jego uwagę na dłużej niż pół minuty to był „Elma świat”… chichotał przez całą bajkę… także Elmo stał się gościem honorowym na jego pierwszej urodzinowej imprezie… (kliknij na fote, żeby powiększyć)

 
 pierwsze
pierwszea

 

Tort to oczywista oczywistość… 
Pierwszy raz wtedy robiłam Piniate. Dzieci, chociaż małe miały ubaw nie większy, niż dorośli…
Kubeczki to jedyna rzecz, która wtedy była dostępna z takim motywem (teraz do wyboru do koloru dodatków Elmo)
Mini Candy Bar z pluszakami
Dla gości w podziękowaniu za przybycie zamówiłam przypinki
z bohaterami ulicy sezamkowej.
Zaproszenia robiłam sama – prosty program graficzny, wydruk i laminator
Girlandę z imieniem wydrukowałam i pokolorowałam (oszczędzałam kolorowy tusz, który był na wykończeniu)

 

Bob budowniczy

 

Chyba każdy mały chłopieć marzy by coś zmajstrować… walnąć młotkiem, użyć śrubokręta, pogrzebać w skrzynce z narzędziami taty i zobaczyć koparkę… Ruben oprócz zamiłowania do destrukcji kochał koparki… miał na ich punkcie fioła… no to urodziny były niczym z placu budowy…

 

pierwsze (7)
 drugie(10) (640x427)drugie (640x512)

 

Tort zamówiłam polany czekoladą z kuleczkami ustawiłam posiadane już koparki i mini plac budowy gotowy.
Kask również z wyposażenia mojego małego wówczas Boba podpisany specjalnie dla jubilata.
Kilka zakupionych gotowych dekoracji z Tesco (czapeczki, słomki, serwetki -> te z motywem Boba, talerzyki gładkie)
Baner zrobiony ręcznie
Taśma zakupiona w markecie budowlanym również posłużyła do dekoracji kilku przedmiotów (buteleczek, balonów)

 

Komiksowi Superbohaterowie

Nie ukrywam… mój ulubiony temat… uwielbiam te wszystkie kolorowe komiksowe chmurki boom, wow… a każdy mały chłopczyk marzy by choć na chwilę stać się superbohaterem… także wedle życzenia przenieśliśmy
się w komiksowy klimat…

 

trzeciea (640x453)

 

 trzecie (3)
trzecie (7) (480x640) (480x640)
trzecie (4)
trzecie (6) (400x640)
trzecie (640x384)trzecie (12) (640x480)
pierwsze (8)
 
Kolorowe chmurki wydrukowałam, powycinałam i przyklejałam gdzie się da… na batoniki, pomponiki, napoje… te czarno białe wycięłam z bloku technicznego i zapisałam markerem.
Pompony zrobiłam z bibuły.
Obrus i talerzyki kupiłam gotowe.
Koszulki jak na super rodzinę przystało mieliśmy w szafie :)
Tort zamówiony biały z kuleczkami i obręczą.
Ludziki z licznych zasobów jubilata.
Toppery na tort wydrukowane i nadziane na patyczek.

 

Lego Ninjago

 

U nas ciągle numero uno… nie wiem, czy kolejne urodziny 5 latka nie odbędą się pod tym samym tytułem… bo LEGO NINJAGO rządzi!

 

czwarteaczwarteczwa (6)czwarteb

Na torcie wiadomo… cała ekipa kolorowych ludzików.
Topper na tort zrobiony na szybko.
Wydrukowałam oczy ninjago w kilku rozmiarach i nakleiłam na kubeczki, balony, lizaki. 
Z gazetek, których u nas cała masa powycinałam kilka postaci i gotowe.

 

Imieniny też lubimy robić tematyczne… raz nam się udało uwiecznić…

 

Potwory i Spółka
Znacie Majka i Salivana… na pewno znacie… nie trudno o zielono niebieskie dekoracje… spróbuj 

 

potwor

potwór2

potwór3potwora (640x640)potwór4

Część wydrukowana, część kupiona jako gotowce… do tego motywu znajdziecie co Wam się tylko zamarzy.

 

I co Wy na to? Pochwalcie się jeśli przygotowaliście jakąś imprezkę, Zainspirujcie mnie do dalszych działań…

 

 
 
 
 
 
 
 

To będzie fajny dzień…

No dobra… kartka z kalendarza nie kłamie… mamy czwartek… Wielki Czwartek… czwartek ten przed niedzielą… niedzielą wielkanocną…

 

5

Jak ten czas leci, czizys… na pewno nic nie przespałam… nie ma takiej opcji, nie przy Frycu.. na pewno jest już czwartek i…. dziś wpadnie do nas taki koleś, który co roku wpada właśnie w czwartek… Wielki Czwartek… ten czwartek przed niedzielą… niedzielą wielkanocną…

 

I ten właśnie czwartek to ma być miły dzień… w związku z tym nie będę się żalić, że to kolejne święta kiedy w domu panuje chaos i totalny nieogar… do tego stanu rzeczy muszę się po prostu przyzwyczaić, bo przy mojej trójce inaczej nie będzie… już nie zaznam porządku…
bo o spokoju nawet nie wspomnę…

 

7

Jednak co by się nie działo zawsze, ale to zawsze znajdę czas i siłę na sprawianie moim dzieciom przyjemności i radości..
A dzisiaj jest czwartek… ten czwartek, na który tak bardzo czekał, do którego skrupulatnie odliczał, skreślał… dzisiaj w końcu zniecierpliwionego Rubena i mniej zainteresowanego tym faktem Fryca odwiedzi ten z ogonkiem pluszowym takim… którego złapać za cholerę nie idzie, bo szybki i zwinny… ale szczodry przy okazji… zawsze coś zostawi…

 

4

A zając ten, bo o nim mowa jeśli się ktoś jeszcze nie zorientował pomagiera ma… pomagierkę właściwie… a konkretnie matkę Wrzosków przeuroczych, która pomogła szarakowi spełnić marzenia małego chłopca… tracąc przy okazji starego ciężko zarobione „piniądze”… ale czymże jest nadszarpnięcie budżetu rodzinnego, kiedy w grę wchodzi radość dziecka… i to jaka radość… chyba mnie rozumiecie?!

 

1

U nas znalezienie prezentów od zajączka nie jest takie proste… wymaga błyskotliwości, której Rubenowi na szczęście nie brakuje… zawsze udaje mu się rozwiązać zagadki, które kicaj/matka zostawia… z roku na rok stopień trudności wzrasta… zobaczymy jak mu pójdzie tym razem…
szczerze, to sama doczekać się nie mogę… głównie tych słodyczy, które znajdzie, a które ja zjem :)

 

3

Dobra, dobra koniec pitolenia czas się wykazać jako pomocnica… pochować skrupulatnie prezenty i popędzić po podekscytowanego małolata…
Kto wie, może pod moją nieobecność zajączek wysprząta mieszkanie, umyje okna i zostawi mi ptasie mleczko…
matka była grzeczna caaały rok zającu :)

 

2

PS. Jakby ktoś chciał rzucić okiem jak to wyglądało u nas w poprzednich latach to KLIK – zapraszam

 

Miłego Czwartku… tego czwartku

 

Hey, good lookin’ what ya got cookin’?

Lubię gotować… bardzo lubię i żałuję, że ostatnio mam tak mało czasu na zrobienie czegoś bardziej wymyślnego niż rosół, czy schabowy…

 

Raz na jakiś czas zdarza się jednak, że moje dziecko w łaskawości swojej da mi 10 dodatkowych minut… albo co lepsze zajmie się nim babcia, albo stary i wtedy resztkami sił, ale wbijam do kuchni i ocierając ślinę na samą myśl o wyżerce oddaje się twórczości kulinarnej…

 

Ale do rzeczy…
Prosiłyście o przepis na kurczaka ala KFC, więc bez zbędnych ceregieli, oto on…

 

kfc

Potrzebujemy:
- piersi z kurczaka (ilość dowolna)
- ulubione przyprawy
- jogurt naturalny
- płatki kukurydziane

 

Piersiwa kroimy na bardziej podłużne, niż kwadratowe kawałeczki
i wkładamy do miseczki… przyprawiamy wg uznania – u mnie: pieprz, sól, słodka papryka… zalewamy jogurtem naturalnym, mieszamy i odstawiamy na jakieś pół h do lodówy…

 

Następnie każdy kawałek panierujemy w delikatnie pokruszonych płatkach kukurydzianych i układamy na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia…

 

Wstawiamy do nagrzanego do 180st. piekarnika.
Pieczemy po 10 min. z każdej strony (oczywiście zależy od piekarnika)…
w każdym razie aż panierka ładnie się zezłoci…

 

Dla mnie idealnym sosem do takiego kurczaka jest sos musztardowy, który robię z 2 łyżek musztardy i 2 łyżek jogurtu (zwykłego naturalnego lub greckiego)… opcjonalnie dla koloru można dodać pół łyżeczki kurkumy…

 

Tak przygotowany kurczak jest niesamowicie soczysty i mega smaczny
POLECAM!!!

 

***

I jeszcze bonus, gdybyście chciały machnąć jeszcze szybki deser…
to mam fajne przepisy na lekkie i super smaczne słodkości

 

Po 1
Sernik z jogurtu

 

sernik (800x621)

Składniki:
1 paczka biszkoptów
1/2 szklanki oleju
1 litr jogurtu (może być grecki)
2 budynie śmietankowe lub waniliowe
1 szklanka cukru
5 jajek

 

Białka ubijamy i odstawiamy na chwilkę… pozostałe składniki mieszamy (oprócz biszkoptów) do momentu ich połączenia… po wymieszaniu dodajemy białka i ponownie delikatnie mieszamy… dno tortownicy wykładamy biszkoptami i wylewamy masę…

 

Pieczemy ok. 60min w temp. 180st (w zależności od piekarnika)
Po wyciągnięciu sernik może okazać się jeszcze półpłynny – spokojnie stężeje w lodówce – do której należy włożyć nasz sernik po ostygnięciu…

 

Gotowy sernik można potraktować polewą czekoladową lub malinową…
mniammm

 

po 2
Jaglane Brownie

 

brownieyummy (800x654)

Składniki:
220 g suchej kaszy jaglanej
100 g oleju
6 jajek
250 g cukru
100 g kakao
125 g mleka
125 g jogurtu naturalnego
2 łyżeczki proszku do pieczenia
opcjonalnie: garść dowolnych orzechów, rodzynek

 

Kaszę jaglaną ugotować w wodzie zgodnie z instrukcją na opakowaniu
i wystudzić.
Gotową kaszę wraz z pozostałymi składnikami zmiksować. Po zmiksowaniu można dodać pokruszone orzeszki, czy rodzynki i wymieszać.
Masę wylać na blachę (25×25) wyłożoną papierem do pieczenia.
 
Piekarnik rozgrzać do 170st,, następnie dorzucić blaszkę i piec przez około 60 min (w zależności od piekarnika)

 

Nasze brownie na początku podrośnie, a potem opadnie co jest całkiem normalne. W środku natomiast będzie bardzo wilgotne (zakalcowate)
i takie właśnie ma być! Wystudzone posypać cukrem pudrem, albo i nie…
pyszkaaa!

 

także SMACZNEGO moi mili!

 

liczę na to, że wypróbujecie przepisy i będziecie mnie „całować po stopach” za ich podanie… :)

 

 

Będzie fit… będzie git…

Za nami pierwszy miesiąc nowego roku…
Przyznać się ile noworocznych postanowień poszło już w niepamięć, he?
Kto poległ, a kto w nich nadal trwa?
Po dniu jutrzejszym statystyki zapewne ulegną zmianie :)

 

W ubiegłym roku z racji bycia kinder – niespodzianką nie miałam żadnych postanowień… nie miało to sensu, bo z góry skazana byłam na zerową kondycję fizyczną i nadprogramowe kilogramy… a to wszystko w pakiecie z szalejącymi hormonami, które robiły ze mnie raz szlochającą ofiarę losu, raz wydzierającą japę psychopatkę… masakra

 

A ponieważ tych postanowień nie było, wraz z końcem roku żal i rozpacz towarzyszyła mi za każdym razem, gdy przechodziłam obok lustra… a że mam takie zajebiście wielkie lustro w przedpokoju, żal był wprost proporcjonalny do jego wielkości…

 

10905851_15099993_pm

 

I tak oto na początku roku Anno Domini 2016 spisałam!
tak SPISAŁAM pewną listę!
ni to postanowienia, ni marzenia, ni wyzwania…
taka lista, z której chciałabym sukcesywnie wykreślać pozycję (stąd pomysł na zapisanie)… w dowolnej kolejności…

 

Moja lista jest baaardzo zróżnicowana.
Istnieją na niej pozycje, które do łatwych nie należą… takie, którym towarzyszyć będzie ból, pot i łzy… boooo zamierzam powrócić do wagi sprzed ciąży… sprzed 1 ciąży!
Zamierzam też polubić bieganie… mam nadzieję, że kolka i zadyszka nie zniechęcą mnie już za pierwszym razem…

 

Ale zanim wybiegnę, jutro wciągnę ze smakiem jednego, obrzydliwie tłustego i słodkiego pączusia… no może dwa.
Żeby jednak nie mieć większych wyrzutów sumienia dziś machnęłam takie pączki bardziej fit… nie na tłuszczu, a w piekarniku… wyszły pyszkaaaa…

 

donuts

no i kto liznął monitor? :)

 

Jeśli macie na takie chrapkę w necie znajdziecie mnóstwo przepisów na „pączki pieczone”, ja skorzystałam ze swojego starego przepisu na cynamonowe bułeczki… o tego TUTAJ

 

Wracając do mojej tajemniczej listy… są też na niej opcje, które
w teorii na skomplikowane nie wyglądają np. przemalowanie mieszkania…
ale to w teorii! bo w praktyce to nie lada wyczyn wymagający większej konsekwencji, niż ćwiczenia… wiem, bo już miałam jedno podejście
i skończyło się na przemalowaniu 1/3 ściany… z czasem różnica
w odcieniach się zatarła, więc pora ponownie wpisać to w plan działania…
tylko może tym razem prosząc o to fachowca…

 

Lista moja opiewa również w modowe must have…
powiecie, też mi wyczyn… ano wyczyn… dla kogoś, na kogo na początku zagrożonej ciąży wypiął się ZUS ograniczając skutecznie budżet rodzinny i zmuszając tym samym do walki o własne pieniądze na drodze sądowej, co jak wiadomo może potrwać latami…
mimo tego, mam nadzieję, że właśnie te pozycję wykreślę z listy najwcześniej… przy wiosennych porządkach zrobię na nie miejsce
w szafie :)

 

www.gartees.pl

www.gartees.pl

 

Jako, że przy dwójce ancymonów ciężko się zorganizować ze wszystkim, a zmęczenie i wkurwienie niejednokrotnie sięga zenitu na liście jest kilka opcji dla ciała i ducha… no muszę się kurde raz na ruski rok odstresować
i nie muszą to być jakieś wymyślne masaże (chociaż nie pogardzę)… zadowolę się relaksacyjną kąpielą w wannie bez towarzystwa, obejrzeniem całego filmu bez przerwy na „mama jeść, pić, siku”, spacerem bez pchania wózka, którym miota jak żaglem na wietrze
i drugiego czorta, który chodzi własnymi ścieżkami… potrzebuję chwili tylko i wyłącznie dla siebie…

 

W sumie spisałam 50 pozycji… myślę, że w tak zwanym międzyczasie dojdzie jeszcze kilka…
Nie zamierzam robić nic na siłę, żeby się szybko nie zniechęcić… małymi kroczkami do celu.. a ponieważ wierze w cuda… wierzę również, że dam radę sprostać większości z nich…
Pod koniec roku pokaże Wam moją listę i wspólnie ocenimy ile pozycji udało się odhaczyć.

 

A Wy macie jakieś cele do zrealizowania na 2016?
Pochwalcie się… będę trzymać kciuki!